Czy przy drugim dziecku jestem bardziej wyluzowana?

Do dzisiaj pamiętam moją pierwszą noc w szpitalu z pierwszym dzieckiem i nie są to miłe, słodkie i beztroskie wspomnienia. Córeczka urodziła się o 9.20 rano i praktycznie przez cały dzień był z nami mąż. Gdy wieczorem musiał wyjść, autentycznie czułam strach. Z perspektywy czasu wydaje mi się to śmieszne: matka, która boi się własnego dziecka? Ale wtedy tak właśnie było. Wieczór minął spokojnie, jednak około 2 w nocy moje dziecko zaczęło rozpaczliwie płakać, a właściwie drzeć się na cały oddział, nie chciało piersi, nie chciało butelki, pieluchę miało suchą, a ja nie wiedziałam, co robić. W końcu po długim bujaniu i uspokajaniu na rękach zasnęło. Kolejne obawy pojawiły się przy wyjściu ze szpitala: niby chciałam już wyjść, ale z drugiej strony wiedziałam, że będziemy wtedy z mężem zdani tylko na siebie i swoją wiedzę, a raczej jak się później okazało niewiedzę ;). Wszystko było dla nas nowe, trudne, inne. Dopiero po jakimś czasie uświadomiliśmy sobie, że dla tego maleństwa też, że po 9 miesiącach w brzuchu może czuć się niepewnie, bać się i płakać. Jednak zanim do tego doszliśmy w mojej wyszukiwarce google ostatnie hasła wyglądały następujące: dlaczego noworodek.., ile razy noworodek powinien.., co jaki czas noworodek musi.., itp itd. Uratowała nas położna środowiskowa, która zasugerowała, żeby nie czytać tyle w internecie, a zaufać matczynej intuicji. 

Przy drugim dziecku tego strachu nie było. Od początku potrafiłam się cieszyć i zachwycać maleństwem, jego zapachem, słodkimi minkami. Nie bałam się już, że zrobię mu krzywdę przy ubieraniu (przy córce w grę wchodziły tylko bodziaki kopertowe ;)), że jak nauczy zasypiać się przy piersi, to w żaden inny sposób nie zaśnie; w nocy nie odkładałam do łóżeczka, żeby po 30 sekundach brać na ręce rozbudzone i płaczące dziecko i powtarzać ten proces 10 razy, bo dziecko MUSI spać w swoim łóżeczku – pozwalałam spać malutkiemu z nami, bez moich wyrzutów sumienia, czy to na pewno dobre ( ze starszą córką po 3 nocach też dałam sobie spokój i obydwie spałyśmy lepiej), nie bałam się wyjść na dłuższy spacer, bo dziecko się obudzi i zacznie płakać, nie miałam problemu z karmieniem piersią w miejscach publicznych, nie zapisywałam, co ile minut/godzin i ile razy karmię, nie załamywałam rąk, że jest dzień, gdy wszystkie drzemki odbywały się na mnie. Więc tak – przy drugim dziecku od początku byłam bardziej wyluzowana, wierzyłam sobie i swojej matczynej intuicji (opiekę ułatwiało też na pewno moje doświadczenie). Wydaje mi się, że dopiero wtedy poczułam pełnię macierzyństwa i pomimo, że się nie wysypiałam, że do opieki była już dwójka maluchów, a nie jeden, to nie czułam zmęczenia, a taki przypływ spokoju, ciepła i ogromną falę miłości. 

Pamiętam, że przy córce po pierwszym trudnym miesiącu też czułam się bardziej pewnie i później do jej roczku było już z górki, ale kolejne schody pojawiły się dla mnie, gdy zaczęła chodzić. Przy synku pomimo, że w podobnym wieku stawiał pierwsze kroki nie odczułam tego już tak bardzo. Zastanawiałam się ostatnio nad tym, czy był bardziej ostrożny, czy może nauka szybciej mu poszła, ale doszłam tylko do wniosku, że to ja nie czułam już potrzeby, żeby przy każdym jego kroku być tuż za nim i trzymać go za rękę. I mogę śmiało powiedzieć, że każdy etap rozwoju synka jest dla mnie łatwiejszy niż przy pierwszym dziecku. Nie zastanawiam się, czy coś robię źle, za dużo, za mało, za szybko, za późno.

Jedyne kwestie, w których nie wyluzowałam bardziej to małe elementy zabawek, które dziecko może wziąć do buzi i chorowanie. Tak – chorowanie jest najgorsze. Zwykły katar syna, a ja czuję dreszcze (może przy trzecim dziecku cieknący glut z nosa i kaszel nie robiłby na mnie wrażenia ;)).
No i oczywiście czasem moje wyluzowanie znika, gdy dwójka dzieci płacze, krzyczy, wyrywa sobie zabawkę czy tłucze się po głowach, ale to przecież normalne, prawda? 😉 

Może Ci się także podobać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *